Wpadam w dzikość….

69684300_2370357709678298_3995952896918159360_o.jpg
I przepadam.
Zabieram naturę.
Drugiego mojego tła kolor.
Oddycham tym, co ma odwagę przy mnie oddychać.
Wpadłam jak śliwka w kompot.
Nie od dziś.
Zabrałam żurawie rodziny, zimorodki i czaple białe i siwe.
Mam nadzieję, że to nie grabież.
A jedynie prawo do zatrzymania tego, co żyje obok mnie.
Czekałam, aby przyszło, wiedziałam kiedy to się stanie.
Byłam po to w moich zakamarkach.
Tak patrzę na koniec lata.
Na prawie czas przeszły lata.
Witam jesień na zlotowiskach żurawi, których tu jeszcze nie pokazałam.
Witam ją odgłosami odlatujących żołn i pustką po błotniakach stawowych.
Żegnam lato ciszą nadwodną. Tu dziś zostałam, a tę znam od lat w Dolinie Baryczy, ktora zaczyna rykowiska i jej spektakle, żegnam widowiska kozłów i odkładam słońce w zbyt szybko skoszonych kłosach zbóż, czego byłam świadkiem.
Oddycham zapachem wieczornych ściernisk, gdy zawijam do domu.
Zamykam popołudnia w ciepłych płomieniach słońca.
Wracam z nadzieją na dobrą wilgotną i kolorową leśną polską jesień.
Być może znowu wkroczę w nią w lesie w suszy.
Być może znowu będzie mi smutno, że tak bardzo odczuwamy zmianę klimatu.
A być może wejdzie mi na drogę coś, co dotąd nią nie przechodziło, a znowu wyszło.
Zastanawiam się coraz częściej naturszczykowo jak to ja – nadzieją na to co przetrwa – wilki czy kopytne? Kogo więcej?
Kto kogo zdominuje i jak daleko zmigruje mi swiat moich fotograficznych obserwacji?
I jak daleko ja za nim powędruję?
Albo jak daleko ich świat wejdzie w mój tak, abym mogla tu w nim zostać?
Cicho liczę na naturę.
Czyli na to, na co zawsze. Ponieważ nigdy nie można się zawieść na tym, co kochamy.
Ja kocham.

Dodaj komentarz