



Jedź do lasu, aby poukładał Ci myśli…. mówili…
Byłam w nim wczoraj, wracając spotkałam wataszkę dzików i zastygałam.
Dziś wracałam przez Strupinę do domu i poza tym, co obserwowałam jako piękne drzewa w kolorach coraz bardziej wysyconych żółcią – zastanawiałam się nad czym się skupić.
Dziś wygrała żółć.
O wataszce dzików osobny post.
Ale dziś wracałam zbierając myśli w kupę.
A jak wiadomo w kupie siła.
Tylko w jakiej?
Rąbał mnie umysł w poszukaniu ciszy.
Tak skutecznie wywaliłam w kosmos, że wracając zebrałam kosz grzybów i przygotowałam wszystko do pichcenia sosu na jutro.
Szukałam dystansu od exceli i planowania, że wpadłam w żółć.
Powinnam nadać ten post jako tryptyk bo tyle działo się dziś w mojej głowie;)
Tyle albo tylko tyle.
Wyjechałam po ciszę, ale jadąc po nią wpadłam w sidła barw.
Najpierw omotał mnie klon w Bukowicach, mój ulubiony na trasie Wrocław-Wołów, którą gnałam nie raz. I będę gnać.
Nadal tam rośnie i będzie miał swoje miejsce w mojej fotografii jeszcze.
Zatrzymuję na nim oko zawsze o każdej porze roku.
Bo jest to proszę Państwa wybitny klon, którego co roku ktoś dla mnie na mojej drodze podpala jesienią.
Ruszyłam sobie trasą ochoczo słuchając muzyki w jakże kozackim systemie nagłośnienia w aucie, do którego zakupu namówił mnie mój mąż.
Noga chodziłaby mi bardziej, gdyby nie lewa obok i prawa na gazie jedynie;)
więc tupałam sobie lewą:)
Bo kto mi zabroni 🙂
Przefrunęłam Bukowice i upojona widokiem mojego klonu już w płomieniach jesieni dla mnie – przefrunęłam gazem prawą to co dane mi było.
Minęłam Lipnicę i stare wspomnienia, przeleciałam wlot do Wołowa i wpadłam na moją ostatnią zawołowską prostą do mnie.
Fru i byłam już po garbach u siebie.
Wjechałam w niszę.
A tu bum w oko – przewrócona wiatrem tablica nadleśnictwa o Dolinie Jezierzycy.
Minęłam ją z troską.
Wyjszłam z auta i proszę – przywitały mnie muchomory.
Przewędrowałam teren okiem gospodarskim z troską nań rzucając, weszłam w dzikie rewiry i…..
Powinnam tu otworzyć nowy jesienny rozdział o tym co zastaję.
Tak też się stanie.
Wilgoć, grzyby i liście, ptactwo i kolor, barwy wszelakie….
Przepadłam już w momencie wyjścia z auta.
Zwykle wychodzę zabierając aparat.
Ostatnio kosz na grzyby i aparat.
Dziś wygrała jesień i ogrom tego co należy z tym fotograficznie zrobić.
Dlatego – powziąwszy wiele oddechów 🙂 – zacznę od żółci wracając.
Ponieważ o tym, co tam zastałam powstanie osobny rozdział:)
Żółć by mnie zalała, gdybym mogła to wszystko ująć w jednym poście.