Portugalia & Men’s world

Spojrzenia…

Tu będzie o moich spojrzeniach na różnych mężczyzn Portugalii, miałam w ręce aparat i aparat czucia….

Szukałam chyba obrazu najbardziej portugalskiego Portugalczyka, jakiego mogłabym znaleźć.

Znalazłam więcej, niż się spodziewałam, bo 4 różne ich odsłony.

Pewnie nie dotarłam do innych ukrytych typów, ale odkryłam takich, zaczynając wędrówkę po Lizbonie…

(nie celowałam w nich, ale z czasem to wygrało):

18359040_1330469527000460_7459620475038065184_o

To przemiły sprzedawca tego co w upale najważniejsze – wody:) w niszowym sklepiku.

Uciekał mi wzrokiem na prawo i lewo, ale finalnie odetchnął głębiej, kiedy wiedział, że jest tylko chwilowym aktorem oraz, że fotografuję najbardziej męskich mężczyzn Portugalii.

Uśmiech nie zszedł mu z twarzy do czasu wyjścia z jego sklepu. Przewaliła się tam niemała kolejka, a jegomość nadal kasował obcych z uśmiechem na twarzy.

Zabrałam go. I jego dobre fluidy wędrujące za mną. Wiedział, że przede mną jeszcze droga i jego woda jest dla mnie paliwem. Tym mnie pożegnał.

Przemierzałam niezliczone ilości schodów jak zwykle na końcu gdzieś za kimś, kogo powinnam śledzić wszystkim.

Aż wybrnęłam z labiryntów schodów lizbońskich mijając piękne wykaflowane uliczki i ich kamienice, spadziste i gorące niemal bez oddechu powietrza od wody, która w Lizbonie jest niby tak blisko, a jednak nie jest.

Mijałam spadki w uliczki, w których trzeba być naprawdę, żeby oszukać czas, tam trzeba żyć najpiękniej bo żyje się tylko raz, w zachwycie, marzyc, kochać i śnic, trzeba czas oszukać, żeby naprawdę żyć…

Życie zdarza się raz… Jak tu:

Wychodząc z niszowych lizbońskich ulic wpadłam w nabrzeże….

A tu chłonęłam słońce, ponieważ jestem absolutnym światłofilem łowiącym promienie jak bateria energię…. i wpadłam na taki obraz:

18836772_1352529578127788_1969729978732626933_o

Na to: https://youtu.be/9hJRn17AZ1E

Na tego pana.

Fado znałam już wcześniej, ale właśnie dlatego i przez pryzmat genialnej nuty tej muzyki ten pan wydał mi się jednym z momentów, dla których warto było się zatrzymać.

Siedział na nabrzeżu. Miał dość turystów.  Wtedy jego kumpel coś do niego mówił, a ten nawet nie podniósł wzroku. Tkwił. Poczekałam. Dał kumplowi znać, żeby się odwalił.

Kumpla wyrwałam z jego jestestwa uśmiechem:) Uśmiechnęłam się do niego mierząc obiektywem idąc, nie celowałam w nich, w nic nie celowałam. Sytuacja rozegrała się bardzo szybko. Moja i drugiego pana, który okazał się czuwać i był bardziej kontaktowy.

Pożerał wtedy winogrona, a kiedy go zagadnęłam aby uniósł oczy, to spojrzał mi w nie tak:

18403796_1330478386999574_6098649535255760262_o.jpg

Dostałam później jeden z najładniejszych portugalskich uśmiechów jakie można sobie wyobrazić.

To byli panowie na nabrzeżu zarabiający na pilnowaniu i byciu blisko poskładanych na stosy kamieni.

Przy okazji mieli wszystko w dupie i tam po prostu byli, prażyli się w nieznośnym słońcu.

Wiedziałam to i ja i oni, ale zanim zniknęłam żegnając się z nimi, wymianą uśmiechów tych głębszych:) zostawiłam im kasę. Zegnało mnie po tym kilku kolejnych, którzy nagle stali się widoczni 🙂

Upał kazał mi spadać na podwójne espresso z wodą.

Więc zabrałam się stamtąd do mikro knajpki z moimi, z której znowu Lisboa okazała się otworzyć dla mnie nowe przepastne ulice, ubarwione ceramiką, pięknymi kobietami i ich włosami i wrzuciła mnie w kolejną część siebie….

Po to…

18422948_1330469183667161_3043466188835901788_o.jpg

Grali jazz.

Mariza i jej Fado poszło zdecydowanie na bok.

Ten pan grał kawałek zalatujący Ellą. Który nim nie był, ale był jego portugalskim brzmieniowym odpowiednikiem Cry me a river.

Grali tak, że wszystko i wszyscy, którzy przede mną powędrowali dalej, po prostu przepadli samoistnie, ponieważ oni mnie TU zatrzymali.

A skoro tak, to zabrałam jeszcze i takie ujęcia:

18358966_1330469040333842_7468084397955798013_o

i takie:

18422142_1330469547000458_5666943612630499715_o

I tu mi się zatrzymał czas. They gave me a fever.

Wzrokowo i muzycznie.

Zdjęłam obiektyw z zerkania na nich, zwiesiłam słuchając mężczyzn patrzących na mnie.

Grali patrząc się w moją stronę.

Romeo loves Juliet. Juiet feels the same.

Byłam absolutnie zauroczona tym co się tam rozegrało. Moi powędrowali dalej, a ja zostałam. W duszy myślałam o tym, aby nie odeszli za daleko.

Zaorałam obiektywem caluteńkie pole, jakie dane mi było.

A kiedy wybrzmiało oraz uśmiechy i zerki serwowane do samego końca mojego zerkania na nich – popędziłam za resztą mojego podróżniczego świata.

Nawet sobie nie wyobrażacie jaka to była grabież na mojej duszy, być tak wyrwaną z takich tembrów.

ILEKROĆ BĘDĘ MOGŁA – tylekroć chcę podróżować z obiektywem absolutnie sama.

Nie ma inaczej rzecz ujmując najmniejszej możliwości sfotografowania w skupieniu. Dalece odradzam podróżowanie z obiektywem z większą grupą.

Wtedy nie ma pojęcia STRANGER. I nie ma pojęcia fotografii niezakłóconej. Kiedy na Twoją koncentrację wejdzie tempo innych wędrujących. Dlatego od lat tak bardzo sobie cenię absolutnie święty spokój właśnie po to.

Moi bliscy dopiero się tego uczą, ale strasznie ciężko im to przychodzi.

Wierzę w to, że któregoś dnia nauczą się tego i zrozumieją po jaki ch…. zatrzymuję się tak często.

Boże jak trudno jest tego nauczyć ludzi.

Beatuful strangers in the danger of my arms, jak wyjęte stąd: Hindi Zahra – Beautiful Tango.

Z głową zabitą tym, czym nasyciło mnie nabrzeże lizbońskie starałam się docierać do moich wędrujących, nie byłam sama, więc dotarłam do ulic idąc jak owca za nimi i sącząc obraz z nich. A tam szukałam nadal tego, co najcenniejsze, bo obraz Portugalczyków.

Zatrzymałam się przy takim jegomościu:

18358780_1330469383667141_4527562073044252755_o

Wyszedł na papierosa na chwilkę, zanim do niego doszłam widziałam, że właśnie wybył na ulicę. Miałam do niego ok 50 m widząc co się święci.

Możliwe, że był to jakiś ważniejszy hotel.

Wyszedł i stanął cichcem w drzwiach chcąc zapalić.

Zagadnęłam go niemal w momencie, zanim sięgnął po ogień.

Speszył się chwilowo, a kiedy się dowiedział, że fotografuję mężczyzn Portugalii i ich najprzystojniejsze wydania to nagle przybierał stopniowo postawy Adonisa.

Na tym niemal naturalnym looku skończył. Wypiął pierś, schował papierosa i zapozował.

Nie było wtedy w nim już jakimś cudem ani grama pozera, macho ani innej kreacji, stanął przede mną naturalnie atrakcyjny mężczyzna. Kilka razy przemykał mu uśmiech, aż wyciszył emocje i spojrzał mi w obiektyw.

Wtedy go zabrałam i bum.

Podziękowałam, shake hand, powędrowałam dalej. Chciał mieć swój luz i go dostał.

Kilkaset metrów jednak dalej – niesiona świetnym nastrojem trafiam na przystojniaka jak Karamba z krainy deszczowców z jakimś ichnim partyjnym czy politycznym odznaczeniem w klapie marynarki.

Pytam, czy zgodzi się zapozować, a ten, długo zerka głęboko w oczy niespuszczone z niego. Przytrzymane i czekające. Kobieco na niego patrzące. Wyjaśniające, że to fotografia Portugalii i jej skarbów, uroków, mężczyzn, kobiet, portretów….

Wymiękł po 3 minutach wyjaśnień serwowanych w głąb brązu jego oczu.

Poprosił jedynie o to, aby obejść się z nim szybko:

18359394_1330469393667140_3682006305275490157_o

To był mój faworyt.

ElDiablo.

Opierał się nieskutecznie,a i tak zabrałam to co chciałam. Jego diaboliczne spojrzenie.

Mogłabym się założyć, że facet miał nieczyste łapki. Ale jako postać w moim obiektywie okazał się sympatycznym modelem. Finalnie argument, że jest jednym z najprzystojniejszych osób w Lizbonie – zadziałał. Nie dopowiedziałam, że widziałam więcej czadu czytając w wannie.

Ale oto cały on.

Był lekiem na całą Lizbonę i nadzieją na przyszły rok, alfą omegą, hymnem, kolędą, oto cały on, nienazwany on.

Lizbona była lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok.

Oto moja wtedy niemal cała Lisboa.

Kocham ją za niedpowiedzenia i za otwarte możliwości, za zignorowaną fotografię tramwaju nr 28, za ignorancję tłumów na nabrzeżu i za tańczące tam wariatki.

za łyk i za dzban.

Chwile zabrane z Portugalii mogłabym zapiąć tymi słowami:

„Ale szum, ale tłum
Czarna noc, biały rum
Złote stosy pomarańczy
Dudni dom dana da
Jak zabawa to zabawa
I wariatka dzisiaj tańczy

Kto tu wlazł, ten tu pan
Jeszcze łyk jeszcze dzban
I dzieciaków nikt nie niańczy
Każdy ma na coś chęć
Bo zabawa jest na pięć
I wariatka jeszcze tańczy

Szalona wiruje chusta
Szalone wirują usta
Odkaczałka*, wariatka, ech
Nie patrzy do lustra

Czerwona na niej sukienka
Czerwona w sercu udręka
Odkaczałka, wariatka, ech
Przed losem nie klęka

Wódka już jeży włos
Ej, do bab, ej, do kos
Ktoś powiedział, że wystarczy
Jeden już nie chce żyć
Na ostatek prosi pić
A wariatka jeszcze tańczy

Taką to by na stos
Na co jej durny los
Dajcie, chłopcy, ten kagańczyk
Warkocz jej płonie już
Dookoła złoty kurz
A wariatka jeszcze tańczy

Szalona wiruje chusta…”

Ces’t la vie.

Jeden ma, drugi ni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz