Dolina Baryczy

Moja sobotnia wyprawa do Doliny Baryczy obfitowała w taką ilość ptactwa, że niedziela nie miała przy takiej sobocie – najmniejszych szans.

Po prostu ok 11tej wywiało mnie z domu i ruszyłam tam z aparatem znowu.
Nie sądziłam, że zostanę tam aż do momentu, kiedy zaczęło się już robić szaro.
Jeśli ‚szaro’ to właściwe określenie zważywszy, że kolory na niebie ewoluowały od delikatnego błękitu, po róż i fiolety czy piękne płomienne kolory zachodu i pomarańcze…

Ale może zanim wrócę, to może najpierw wyjadę;)

Tak wyglądała moja trasa: https://runkeeper.com/user/1287335524/activity/898038623?activityList=true&

Zwykle za miejscowością Dobrosławice już zaczynają się pierwsze ‚akcje’ na niebie czy polach…

I to tutaj spotkałam ten klucz żurawi, klangor było słychać już z daleka i grzechem byłoby się nie zatrzymać i nie ‚zabrać’ ich ze sobą…
Na polach niestety nie spotkałam już tego potężnego stada gęsi, które widziałam tam dzień wcześniej, ale nie szkodzi, wszystko co piękne, bywa ulotne…

 

Zdecydowanie był to ładniejszy dzień, ponieważ świeciło mi słońce i ładowało energetycznie każdy cm mojego ciała. Postałam jeszcze przez chwilkę z zamkniętymi oczami wystawiając nos do słońca i poczułam się tak, jakbym miała sama odlecieć z tymi żurkami gdzieś daleko….
Ale… skoro to był dopiero początek ładnej niedzieli, to czas ruszyć w drogę i zobaczyć co przyniesie Staw Jamnik…
A na jego dużej przestrzeni, po odłowach i na błotach spotkałam znowu dobrych znajomych:) Trzy bieliki. Siedziały bardzo daleko i bez statywu ciężko mi było ustabilizować obiektyw, stąd spore mleko i nieostrości…
Mimo wszystko spotkania z bielikami uważam zawsze za gratki i cieszą mnie najbardziej, nawet jeśli zabieram je ‚nieostre’.

 

Jadąc dalej, ponieważ poza znalezionymi tam bielikami i niewielką ilością pojedynczych czapli siwych na Jaminiku  – snułam się powoli takimi drogami, zawsze tam zwalniam, aby móc się nacieszyć drzewami, które zwykle przenoszą mnie w totalnie inny wymiar. Nieco jak w horrorze czy w tolkienowskich lasach…. Drogi w Dolnie są absolutnie urokliwe. A jedna z piękniejszych moim zdaniem to ta miedzy Stawem Starym a Jelenim. Ta poniżej jest gdzieś z drogi do Wilkowa chyba.
Zatrzymując się w Rudzie Żmigrodzkiej – wpadam na chwilkę nad staw przy Karczmie Rybnej, przy którym jest huśtawka i miejsce, z którego zwykle po prawej stronie wypatruję bielików na linii horyzontu. Siedzą tam przeważnie dwa lub trzy na wysokich gałęziach jakby suchych drzew. Tym razem zastałam tylko jednego młodego bielika, który siedział na błocie dumnie wypinając ‚pierwś’;)
Majestatyczne są i mogłabym dłużej go poobserwować, gdyby tak obłędnie tam nie wiało…
Oto i on:
Potem poderwał się z błota jakby znudzony czekaniem na cud lub zmarznięty – po prostu odleciał w stronę stawu po drugiej stronie ulicy…
A pozostałe towarzystwo niewiele dalej – zdawało się niczym nie przejmować, nawet silnym wiatrem. Brodziło w pewnie lodowatej wodzie. Czajki też z zadziornie zadartymi piórkami na głowach. Bardzo je lubię, mam wrażenie, ze mają ADHD i szybko się poruszają:)
Gdy wydawało mi sie, ze zamarzam troszke od przejmującego wiatru – zerknęłam wracając do samochodu – na dobrych znajomych – tu część stadka danieli:

Ten ciekawski byk podchodzi zwykle do budki, która ma na dachu ławkę i poręcz. Pewnie niejedna osoba próbowała je stamtąd karmić. On też liczył na coś ode mnie, ale niestety nie doczekał się. Właściciele miejsca mieli usypaną kupkę buraków cukrowych chyba przy ich zagrodzie, więc to oni czuwają nad karmieniem…

Chwilkę powymienialiśmy się więc ognistymi spojrzeniami i kiedy wyrecytowałam mu z tej budki mój wewnetrzny monolog o jego piekności i to, że ma np. poza oczami,  rogami i kopytkami – też świetny biust;) – ruszyłam dalej. Wydawał się potwierdzać wszystko to, co mu powiedziałam, bo doskonale wiedział, że taki jest.
Więc cóż tam dalej po mnie było.
Pojechałam dalej i zatrzymałam się przy drodze i stawie, na którym czekały na mnie ‚siwuchy’;)
Czaple siwe. A konkretnie to jedna i ta sama;) Stała najbliżej, pozostałe tworzące gabinet cieni – jakim je nazwałam (bo stoją w rządku w tej samej pozycji jak słupki czy duchy zawsze).
Więc i z czaplą powymieniałyśmy spojrzenia. Było warto.
Jej małe świdrujące mnie oko mówiło, że zaraz odleci, bo nie czuje się za bardzo komfortowo przy mnie i w tej zimnej bezrybnej kąpieli.

 

Zatrzymałam się na dłuższą chwilę w Rudzie Sułowskiej, tu zwykle po prawej stronie widuję czaple białe bardzo licznie oklejające konary drzew. Ten niedzielny ‚set’ czapli białych tym razem przycupnął po lewej stronie dużego stawu. Zawsze wydaje mi się, że to nutki lub paragrafy, są bardzo urokliwe i fascynująco białe. Stanowią dla mnie nadal fotograficzne wyzwanie w zabawie z balansem bieli;) Raz się uda, a raz nie – ces’t la vie – jeden ma dobry balans bieli, drugi „ni”.:)
Niestety moich dwóch siedzących na brzozie bielików już wczoraj w podobnym miejscu czy okolicy nie widziałam. Nie siedziały też na piaszczystych łachach.
Kaczki i inna mała drobna fruwająca biel kołysała się na lustrze smaganej wiatrem wody. kaczuchy powtulane dziobkami w pióra i śpiące czy lewitujące, chroniące się przed wiatrem – wyglądały jak rozsypane kolorowe kamienie szlachetne.
Nasyciłam oko przestrzenią, sprawdziłam stan na pozostałych pustych stawach po prawej w Rudzie i pojechałam dalej w kierunku Milicza do Rudy Milickiej i dalej.
Telefon rejestrował mi drogę aż do Rudy Milickiej i tam postanowił się po prostu rozładować.
Co z tego, że powerbank miałam ze sobą, kiedy nie miałam przejściówki/kabelka ze złączem lightening, które zostawiłam w domu;)
Zwykle jadę z wszystkim co niezbędne, a tym razem lipa. Telefon rejestrował mi specjalnie trasę ‚na kiedyś’ lub dla innych.
Brawo ja. Ale kobietom w ‚afekcie’, ‚amoku’ i w ferworze czy tez w euforii, bo widzą tyle dobrego do sfotografowania – powinno się defaultowo takie rzeczy wybaczać, prawda?
No ja też się cieszę, że się ze mną zgadzacie;)
Dotarłam więc do Rudy Milickiej, zwolniłam na chwilkę, aby zerknąć na staw. Zauważyłam dużo pływającej drobnicy i sporo ‚bieli’ łabędziej. Postanowiłam jak to zwykle zatrzymać się przy tym stawie wracając już z Grabownicy.
Stanęłam na chwilę po drodze, aby zerknąć co to za drapieżniki ucztują na polu na czymś ‚brązowym’. Zanim dotarłam do miejsca przy rowie, skąd fotografowałam  – nad głową przeleciały mi gęsi:
*niestety nie jestem pewna czy to zbożowe czy jakie – będę tu potrzebowała pomocy w oznaczeniu

 

Nie za długo ‚lampiąc’ się na niebo i na ten tranzyt;) Wróciłam na ziemię, a tam – niestety z uczty bogów odleciały już spłoszone dwa duże drapole, a został jedynie jakże efektowny ‚plebs’:

 

Sroki ucztowały w najlepsze na martwej sarnie jak sądzę. Dwa kruki czaiły się na swoją kolej, ale ewidentnie jednemu z nich nie podobała się moja obecność, choć stałam jak słupek bez ruchu i jak trusia cichutko. Doskonale mnie dojrzał i tak i robił rumor latając nad moją głową, jakby chciał oznajmić całemu światu, że TO TU jest zagrożenie, że I TAK CIĘ WIDZĘ.
No i niestety nie doczekałam się powrotu tych dwóch brązowych drapoli. Skutecznie zwiały.
Trudno, ale i tak wiem, gdzie ta padlina leży, jeśli nic jej nie przeniesie w inne miejsce – to zerknę na to za kilka dni znowu może.
Stojąc tak i czekając – obok po korze wspinał się pełzacz:
A odwiedzając Grabownicę i wieżę tam – zabrałam moje ulubione widoki, ponieważ na wodzie była niemal absolutna cisza. Ptaki wybrały inne miejsca…
Spotkałam grupkę fotografów i wróciłam do Rudy Milickiej.
Tutaj przespacerowałam się chwilkę zobaczyć stadko łabędzi krzykliwych, które słyszałam czekając ‚przy padlinie’;)
Były daleko przy drugim brzegu stawu, więc jakościowo lipne mi wyszły, ale ich odgłosy były rewelacyjne:

 

Staw powoli zasypiał i otulał się coraz cieplejszymi barwami przed zachodem słońca:
* na końcu ścieżki – gość;)

 

Rozładowany telefon, 2 banany i termos kawy i wyszperany z dna plecaka jakiś na szczęście  zapomniany cukierek – ot i mój to prowiant…zamiast obiadu 😉 – postanowiłam wracać do domu, ponieważ dzień dał mi i tak już bardzo dużo.
A droga wiodła przez dzikie miejsca powiedzmy.
Sarniny troszkę mi pobrykało po drodze:
A słońce otuliło mnie kolorami na „do widzenia”

 

Wiem, że jest tyle innych pewnie pięknych miejsc, ale jeszcze mnie tu ciągnie….
Z doliny Baryczy zawsze wracam z niedosytem.
Ale zawsze szczęśliwa.
W domu zastałam pyszny upichcony przez męża obiad i czułam się jak ‚marnotrawna’, która wróciła do rodziny po całym dniu wojaży…
To doskonałe jest mieć rodzinę, która potrafi z tym żyć i doskonale to rozumie, wspiera moją pasję i mocno mi kibicuje. Fotografia to autonomia, wyrzeczenia, cisza, wolność i skupienia… I wiele innych  czynników, o których mogłabym pisać bardzo długo i pewnie kiedyś poświecę temu osobny wpis.
Są bardzo dzielni, kiedy miliony razy pokazuję im to, co ‚ustrzeliłam’.
Ejmen.

2 uwagi do wpisu “Dolina Baryczy

Dodaj komentarz