Jeszcze nie umieramy !
Jeszcze odbijemy się od ściany 😉
Świadomość poważnej choroby spadła na mnie i na mój świat na lotnisku we Frankfurcie w połowie lutego 2020, gdy absolutnie nic nie zapowiadało się na to, że będę wracać z Niemiec w stanie innym, niż dotąd zapinając walizkę po powrocie. Mój zawód to praca z klientem i dla niego.
Wracałam dziwnie zaniepokojona tym, co widzę na jednym z największych europejskich lotnisk.
Wysiadłam z lotniska do klienta, potężna porcja czasu, załatwiłam to, co było dla mnie najpoważniejsze. Wracam. Kurlam sobie walizeczkę i uśmiecham usty. Jako i ja. Zadowolona. Niepokój zaczął mi się wkradać na wjeździe na lotnisko. Zupełnie nie wiedziałam co się dzieje.
Zaczęłam się zastanawiać, którą drogę do terminala wybrać. To oni – turyści.
Turyści już wpadali w chaos szukając prostych dróg. A skoro oni, to i ja zaczęłam się bać. W sumie wędrowałam ich przyspieszonym rytmem, psychologia tłumu. Owce, stado, tup tup tup …. Lotnisko i jego kanaly – wystarczylo za kims iść w stronę własnego terminala i rytm tuptania się sam wkradł.
Chiny wtedy wyeksplodowaly, Europa jeszcze nie. To była już tylko kwestia dni. Azjaci w tym dniu byli jak na lekarstwo. Nawet nie przypisałam temu, co zauważyłam najmniejszej wartości. Uznałam to za ich „widzimisię”. Wiele razy widywałam różne formy latania i dystanse do ludzi.
Wypiłam dobrą kawę. Nabrałam oddechu. Dziwne obserwacje spłynęły jakby po kaczce. Miałam czas do odlotu.
Toczyłam przed sobą skromną walizkę i myślałam o tym, dlaczego się tak ubierają, przecież są w Europie. Tu ma się dystans do innych zachowań, tu można zdjąć maski.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, ze to właśnie oni ubierali maski, ponieważ przylecieli z Chin. Wtedy jeszcze nie zakorzeniło się pojęcie „oni przylecieli z Chin, z Wuhan”. Szukałam punktu z posiłkiem tak samo, jak każdy z nas wtedy. Również te osoby, które wylądowały z Chin. Które podobnie jak ja, nie wiedziały, że poza byciem głodnym – można zarażać. Wtedy każdy był głodny kawy lub szukał czegoś ciepłego. Patataj i po lotnisku. Walizy i wio do domu, czyli jak zwykle. Fru w ramiona najbliższych.
Minął cały luty – i moje fru = moje 2 antybiotyki i 2 dni wysokiej gorączki – najbardziej przebolałe dni choroby gardła, jakie kiedykolwiek przebyłam.
Nikt wtedy nie robił testów. Nikt nie miał pojęcia w Europie, że należy je robić.
Lotnisko lub samolot. Czas przeszły.
L4, kilka dni odpadu w telekonferencjach, ale poza obłędnym bólem gardła – przygotowania do marcowego poważnego projektu –
szły jak po maśle. Gadałam i grałam. Fru i po temacie. Jak wleciał, tak wyleciał. ???
Ślad po lutym dawno umknął.
12 marca 2020 – lockdown na amen.
Niebawem puknie grudzien 2020 – i co? zero testów i zero lotów.
Za to życie w nowo zbudowanym Lockdown’ie – kwitnie.
Poczucie jednostki vs ogromu zagrożenia – nadal istnieje.
to jedynie tylko kiwestia konfrontacji i kwestia czasu wlasciwej ingerencji.
Aby żyć dalej i obawiać się inaczej.
Ponieważ gra idzie o ważniejszą stawkę, o życie najbliższych.
Czyli wkrada się już inny znacznie poważniejuszy rytm dla mnie lutowej – a jednak teraz – nowej już dbałości.
Zaczynam cykl pisania o tym, jak to jest od lutego 2020.
Zanim mnie uziemiono. Forma lockdown’u jest o tyle plastyczna, o ile przeszla letni czas.
Teraz będzie bardziej ogniście 😉
Ponieważ jesiennie. Kolorowo i ogniście.
Jakkolwiek by to przełożyć 😉
Hell Yeah !!! 😉 CDN …
