Koniec listopada troszkę wyrwał mnie z rzeczywistości, ale z dobrym efektem końcowym:)
Więc cieszę się i mogę odhaczyć mega ważną dla mnie rzecz jako załatwioną i… chyba będę mogła od teraz spać snem sprawiedliwej.
Zrealizowałam to, co próbowałam załatwić od sporego czasu – wydawałoby się banalną sprawę – laparoskopię…
Tak to już w moim galopującym świecie jest, że siebie odkładam na świętego Dygdy;)
A szczególnie to, co wiąże się z jakimś tam stresem czy ewentualnie nieprzyjemnością.
Musiałam zawieźć moje gnające wiecznie ciało na należny mu warsztat i sprawdzić, czy wszystko gra.
Okazało się, że nie tylko gra, ale i ma się koncertowo;)
Wszelkie demony, jakie wykreowała moja wyobraźnia odnośnie tego, co mogę mieć, skoro bolało.. – zostały rozwiane, przegnane i pouciekały już z głowy gdzieś nad polami…
Wściec się można, kiedy się czegoś nie wie;)
A wiedza uspokaja.
Tak było ze mną i …. troszkę mi koncentracja od opowiadania o moim świecie foto – uciekła na chwilkę w zwolnione tempo chodzenia np :
Lekarz zapytał o zwolnienie – na jaki czas potrzebuję – odparłam, że może maksymalnie na 3 dni.
Uniósł brwi na chwilę patrząc na mnie, czy mówię poważnie.
Mówiłam jak najbardziej poważnie. Wydawało mi się, że po diabła mi więcej.
Miało to wystarczyć wg mojego myślenia wtedy wychodząc z kliniki.
Wspomniał, że gdybym potrzebowała JEDNAK je przedłużyć, aby dojść do siebie – to on zaprasza.
Nie wróciłam po więcej.
Ale… kobiety, które przechodzą laparoskopię operacyjną w pełnej narkozie i mają poza diagnostyką też wykonywane cięcia czy zakładane szwy – powinny poważnie myśleć o sobie i brać 2 tyg zwolnienia, bo to i tak mało na dochodzenie do siebie.
Dochodziłam do w miarę dobrej kondycji około miesiąca.
Nadal uważam na siebie po zabiegu i … choć już mnie wyniosło po fotografie w teren, to początki nie były takie łatwe;)
Nie mogłam się przewracać z boku na bok bez bólu, głębszy oddech czy napięcie brzucha jakiekolwiek – sprawiało mi długo ból, ustępujący, ale jednak.
Osłabienie, bardzo szybkie zmęczenie po niewielkim nawet wysiłku czy zapinanie spodni nie tak jak dotąd, a luźniej – wszystkie te uczucia wydaje się – odeszły już teraz w cień, ale były ze mną.
Nie mogłam się schylać, podnosić/nosić żadnych ciężarów, ale i tak przecież trzeba jakoś żyć….
Bardzo kiepsko mi szło oszczędzanie się.
Bo jak tu nie dźwigać, kiedy aparacisko waży ponad 3 kg?:)
TO SE NE DA.
Samo się nie podniesie do zdjęcia;)
A tak poważniej, na wszystko uważałam, ale obłędnie się cieszę, że mam już za sobą ten najtrudniejszy czas i będę mogła wrócić do częstszych wizyt tutaj.
Listopad pożegnałam z uśmiechem i szczęśliwa, bo otoczona ludźmi, którym na mnie zależy i uwolniona od jednego knota w głowie, jakim było zbadać się i przekonać, że wszystko jest dobrze.
Wiatr w żagle, jaki obecnie czuję – niesie mnie znowu w teren;)
A on zawsze ma dla mnie mnóstwo dobrych optyk….
