28 grudnia, pogoda sprzyjająca kolejnemu wypadowi…
Dolina Baryczy, objazdowa bardzo i na szybko raczej.
Nie miałam zbyt wiele do zabrania.
bardziej to kontemplacyjna wyprawa po cisze i poukładanie myśli, niż po jakieś ekstra zdobycze foto.
I jak to zwykle bywa – właśnie w takim momencie i z takimi nastawieniami – trafiam na coś miłego.
Tym razem opuszczając już Rudę Sułowską, na polach po lewej stronie, na trochę przed Sułowem – spotkałam ok 30 łabędzi krzykliwych.
Prażyły się – jeśli tak mogę powiedzieć o grudniowym słońcu – na polu.
Niedaleko domostw.
Głowy im chodziły jak peryskopy – pięknie na boki, bacznie mnie obserwowały.
Stado było rozproszone w niewielkiej części, ok 4 par odrębnie tupało po łące w poszukiwaniu jakichś ździebełek.
Ich krzyk, odgłosy są niesamowite. Warto ich osobiście posłuchać;)
Wśród stada – zauważyłam jednego z obrączką. Te obrączki są – jak się kiedyś dowiedziałam – elastyczne, choć wyglądają na niewygodne dla ptaka.
0R53 – będę to zgłaszać osobom, które znają tego łabądka.
Pewnie to cenna informacja. Nieostre zdjęcie, ponieważ z daleka i nieustabilizowane:
Spacerowały też z młodymi, upierzonymi jeszcze szaro….
Tu mały przykład na to, jak nie przeszkadza im bliskość domostw, zupełnie niczego sobie z tego nie robiły…
Gdy zatrzymało się niedaleko mnie inne auto i nieostrożnie głośno ktoś trzasnął drzwiami wychodząc na nie popatrzeć – ptaki postanowiły jednak się przemieścić i ratować ucieczką;)
Poczłapały w bezpieczniejszą część pola…
Światło było bardzo zmienne tego popołudnia, ponieważ wiał silny wiatr gnający chmury. I majstrowałam z czasem i przesłoną co kilka chwil.
Tryb preselekcji przesłony AV w moim Canonie Eosie 7D Mark 2 – rozmywał nieładnie jeszcze bardziej obraz.
Dlatego wróciłam jednak do ustawień moich ulubionych – manualnych i majstrowałam pokrętłami w poszukiwaniu jako takiej ostrości przy zastanym świetle.
Znowu nie miałam ze sobą statywu.
Wożę go zwykle ze sobą, a wtedy zapomniałam…;)
Demencja starcza? Oby nie;)
Po prostu za dużo na głowie w minionych dniach.
😉
Pożegnałam stado i popędziłam do Rudy Milickiej i Grabownicy.
Ponieważ na tyle skutecznie odciąga mi uwagę wszystko to, nad czym się pochylam czy zatrzymuję po drodze – wpadam do tej części Stawów Milickich za późno.
Zdecydowanie muszę to zmienić;)
Na pewno z kilku kluczowych przyczyn – chciałabym wejść w trzciny i pofotografować bardziej z pułapu wody. Jeśli uda mi się zrobić to w powiedzmy uzgodniony sposób i bez stresu o kary.
Póki co – obserwuję ptactwo w Grabownicy – z wieży Grabownica.
Ostatnio zapozował mi w specyficzny sposób łabędź niemy.
Widok z wieży z dużym zbliżeniem:
Najczęściej wzrok mi ucieka w dal i na krawędzie wody i trzcin.
Podczas rykowiska snują się przy nich byki jeleni, a kiedy zachodzi słońce – to niemal ‚podpala’ je swoim kolorem.
Nawet, kiedy nie ma na linii ‚trzcina-woda’ żadnych stworzeń zauważalnych z wieży i jej najwyższego piętra, to i tak zabieram te złote grzebienie ze sobą.
Zawsze mi się podobały.
To pewnie schronienie dla wielu gatunków zwierząt i wydają mi się zawsze bardzo tajemnicze i intrygujące.
Ponieważ nigdy nie wiem kiedy nagle coś fascynującego się z nich wynurzy.
Tymi kanałami poniżej z trzcin – ciemniejszymi widocznymi – wychodzą na prawdę cuda;)
Byki snują się podczas rykowiska na krawędziach i krążą między jednym kanałem a drugim, chodzą swoimi tajemnymi w nich ścieżkami…
A to jeden z moich ulubionych ‚zerków’ – zerkam na ten odcinek zawsze z czystą przyjemnością.
Drzewostan zmienia kolor w zależności od światła i pory roku – tworząc i tu piękny obraz.
Tutaj sfotografowałam najbliżej wieży jak dotąd – byki, młode i starsze tej jesieni.
Kiedy nie ma wody w tym stawie – ścieżki i ślady zostawiane przez ptactwo czy kopyta – tworzą ciekawe esy floresy i kształty. Potwierdzając tym samym, jak dużo życia kryje się w trzcinach czy lasach obok.
Tutaj warto przyjechać po absolutne bogactwo stworzenia.
Po obserwacje gołym okiem, obiektywem, lunetą, lornetką, jakkolwiek;)
Posłuchać, jak na tej potężnej (a nie oddanej tu fotografią) przestrzeni – przenosi się dźwięk i ziemia unosi w eter życie, które jest na dole i po bokach.
Nad wodą nagle mi przeleciało kilka kormoranów.
Jak B52:)
„Polampiłam się” jeszcze przez moment i postanowiłam wracać…
Wiał dość silny wiatr.
Wyjeżdżając z Grabownicy po lewej stronie drogi na chwilkę uwagę ściągnęły mi gęsi przelatujące jakby trzema stadami osobno, które finalnie połączyły się w jedno wielkie.
Nie mam pojęcia ile ich w sumie mogło być.
A taki snop światła pożegnał mnie, kiedy na dobre opuszczałam Rudę Milicką:
Wprowadzam małe novum – każdy wpis będę kończyć od teraz gadżetem ode mnie – muzyką 🙂
proszę:

















