Jesień – to chyba najwyższy czas, aby zacząć nowy rozdział….. mojej fotografii, do której dodam od teraz więcej od siebie.
„Infotoveritas” ? ponieważ w fotografii jest prawda…
Pokażę Wam moją …
Powinnam się zdecydowanie nazywać sową…, ponieważ zaczynam mój pierwszy post przed północą 🙂
To absolutnie normalna moja pora funkcjonowania od wielu lat, a czy treści tutaj umieszczane – zostaną z czasem uznane za normalne :)? To się okaże.
Jaka autorka, takie treści 😉
Mamy jesień, która inspiruje i gra mi na wszystkich zmysłach teraz.
Jak ta muzyka tej pani: https://www.youtube.com/watch?v=vTELnHB1p4M
To czas, w którym wysycają się barwy natury, zapraszają do spakowania termosu z kawą, statywu i innych strategicznych dla mnie rzeczy, bez których czuję się ‚niepełna’.
Wyjeżdżam i wtapiam się w to, co dla mnie jest tym, czym dla ryby jest woda.
A a’propos wody – ciągnie mnie, jak wilka do lasu do Doliny Baryczy, odkąd dotarłam do niej nie pamiętam już kiedy.
Ktoś, kto dociera tam po raz pierwszy – nad Stawy Milickie – zapada się w ich urok jak w toń i traci pamięć pewnie, tak samo jak ja.
Omamiło mnie to miejsce, ukradło duszę, wyczyściło dawną konfigurację i przywróciło ustawienia fabryczne i wytyczyło mi moment zero.
Moment nowego startu i postrzegania przeze mnie sama mojej mojej fotografii od nowa. To reset.
Nowy start fotografii, ponieważ ptaków, ich świata, wszystkiego, co wydaje mi się interesujące i jest integralną częścią Doliny.
To pewnie nie jedyne miejsce, o którym będę tu pisać, a o moim świecie w obiektywie ogólnie.
O jego integralnych częściach.
Forma tego będzie pewnie różna, dokładnie tak samo jak różne czy dynamiczne scenerie serwuje moje otoczenie i codzienne zajęcia.
Zaczynam więc pierwszą częścią z wyjazdu – spotkaniem z żurawiami, które spotkałam na polu za miejscowością Dobrosławice w kierunku wsi Osiek. Trasę opiszę później.
Ponoć ten, kto wolniej jedzie, ten więcej widzi;)
I zgadza się. Noga z gazu i włączony aparat na fotelu pasażera.
Od sporego czasu o 180 stopni zrewidowałam tempo mojej jazdy właśnie po to, aby nie tracić okazji na dostrzeżenie różnych akcji obiektywem. Nie tylko po to, aby sprzęt mi się nie ‚kurlał’ po siedzeniu.
Zatrzymałam się na dłuższą chwilę, wiatr smagał mi twarz i pchał włosy do oczu przy próbie wycelowania obiektywem w potężne stado żurawi.
Klangor, jaki słyszałam – był niesamowity, dlatego było go słychać mimo wiatru i z kilkuset metrów.
Nawet nie próbowałam ich podchodzić, aby nie spłoszyć.
Zlotowisko jest jak terminal.
Nie wyobrażam sobie przerwania ich „obrad”, są tak piękne i płochliwe…
Zostałam przy drodze i oparta o dach auta fotografowałam… Zahibernowana zimnem, ale kto by je za długo czuł;)?
Wyglądały na bardzo zajęte i poważnie ustalały plan lotu i to, kto zostaje, ponieważ ma przedmioty ostre, a kto leci;)